Detektyw Marek Gzik w prasie

Ofiary szantażu


Kamery mogą być ukryte wszędzie. W zegarku, w kolczykach, w pierścionku. Dyktafon można schować w kieszeni spodni albo w torebce. Szantażyści dokładnie wiedzą, co robić. Jak trzeba, udają nieśmiałych albo pokrzywdzonych przez los. Nie ma sposobu, aby ich rozpoznać. Szantażystką może być wysoka blondynka, która wydawać by się mogło, że nie potrafi samodzielnie złożyć całego zdania. Może też nią być mężczyzna w okularach i w marynarce sprzed 20 lat. Jedno jest pewne. Swoich ofiar szukają przede wszystkim w wakacje. Masz ochotę zaszaleć w wakacje? Żona wyjechała z dziećmi nad morze, a Ty zostałeś, bo musisz pracować. Albo może wyjechałeś w delegację? Pogoda sprzyja, świeci słońce. Zastanów się dobrze. Tacy jak Ty są coraz częściej klientami łódzkich detektywów. I wcale o pomoc nie proszą tylko mężczyźni.

Zaczyna się od Internetu

Schemat zwykle jest taki sam. Kochankę albo kochanka najłatwiej znaleźć w internecie. Są portale randkowe, erotyczne, gejowskie. I te ostatnie są najgroźniejsze, a zarazem ostatnio także najpopularniejsze. - Paweł* miał 50 lat, kiedy się do mnie zgłosił. Długo się wahał. Wstydził się. Dlatego nie poszedł na policję. Tam musiałby o wszystkim opowiedzieć najpierw osobie przyjmującej zgłoszenia, potem oficerowi dyżurującemu, musiałby chodzić na przesłuchania. To było dla niego zbyt wiele. Bał się kompromitacji - opowiada Marek Gzik, łódzki detektyw. Paweł pracował na wysokim stanowisku w administracji publicznej. Stateczny, poważny mężczyzna. Łodzianin. - Najpierw do mnie zadzwonił. Mówił nieskładnie, ciężko było zrozumieć, o co mu chodzi, ciężko było nawiązać kontakt - opowiada detektyw. - Umówiliśmy się na spotkanie. Rozmawialiśmy w cztery oczy. Wtedy dopiero dowiedziałem się, o co chodzi. Okazało się, że Paweł poznał przez portal internetowy dla gejów 22-letniego chłopaka. Portal znalazł przez przypadek, wszedł tam z ciekawości, spodobało mu się. Chciał spróbować czegoś innego. Wyrwać się na chwilę z dotychczasowego życia. To miał być jednorazowy incydent. Nikt nie miał się o tym do- wiedzieć. Stało się inaczej. Paweł żałuje tego do dzisiaj. Najpierw była wymiana mejli i rozmowy na internetowym czacie. Potem Paweł umówił się z 22-latkiem w swoim mieszkaniu. Żona wyjechała z dziećmi w tym czasie na wakacje. Kiedy chłopak podjechał pod dom, Paweł zwrócił uwagę na efektowny samochód. To był jeden z najnowszych modeli hondy. Miał łatwą do zapamiętania rejestrację. - Paweł opowiadał mi, że akcja intymna trwała około dwóch godzin. Potem chłopak ubrał się i wyszedł. Tak miało być - relacjonuje detektyw Gzik. - Po godzinie od rozstania Paweł dostał telefon. 22-latek spokojnym głosem mówił, że całe spotkanie nagrał i że teraz czeka na pieniądze. Groził, że jeśli w ciągu kilku dni nie dostanie 30 tysięcy złotych, to żona Pawła i jego pracodawca dowiedzą się o wszystkim. Ze wszystkimi pikantnymi szczegółami. Paweł przeraził się. Przez chwilę miał nadzieję, że 22-latek blefuje. Jednak chłopak wysłał mu mejlem kilkusekundową próbkę filmu z najbardziej intymnymi scenami. Nie blefował. Chłopak przyznał się, że rejestrował scenę intymną kamerą umieszczoną w zegarku. Przed zbliżeniem chłopak zdjął zegarek i położył sprytnie na szafce, tak żeby kamera ogarniała całe łóżko. Do tego miał uruchomiony dyktafon.

Jedyny taki model

- Paweł zapamiętał numer rejestracyjny samochodu oraz markę. I to ułatwiło nam działanie. To był najnowszy model hondy i niewiele było w Polsce takich egzemplarzy. Znaleźliśmy go w województwie mazowieckim - opowiada detektyw Gzik. - Sprawdziliśmy chłopaka. Okazało się, że był już wcześniej karany w związku z dystrybucją narkotyków. Zebraliśmy o nim bardzo dużo informacji. Kolejne jego przewinienie było jednoznaczne z więzieniem. Postanowiliśmy w ten sposób na niego wpłynąć. W więzieniu takie osoby traktuje się jak panienki do zabawy, nie jak mężczyzn, ale jak kobiety. To byłby dla niego koszmar. Paweł był cały czas w kontakcie SMS-owym ze swoim prześladowcą. Detektyw polecił mu, żeby umówił się w określonym miejscu i w określonym czasie na przekazanie 30 tys. zł. - Umówili się na przystanku autobusowym na wylotówce z Łodzi - relacjonuje detektyw Gzik. - O określonej godzinie mieliśmy zostawić pieniądze, a on miał zostawić dla nas płytę z nagraniem. Robiło się już ciemno. Zanim doszło do spotkania, wymienialiśmy SMS-y. Przekazywaliśmy mu informacje, jak dużo o nim wiemy. Przed spotkaniem skontrolowałem okolicę. Byłem pewien, że chłopak musi obserwować przystanek. Tak też było. Siedział w aucie w pobliżu przystanku na zgaszonych światłach. W samochodzie był jeszcze jeden mężczyzna. Jak podszedłem do nich ze swoim współpracownikiem, to natychmiast odjechali. Oczywiście mógłbym go zatrzymać i potem tłumaczyć się policji, że było to zatrzymanie obywatelskie, ale według mnie to zatrzymanie nie miałoby zna mion obywatelskiego.

Szantażysta przesłał próbkę filmu z najbardziej intymnymi scenami. Chciał 30 tys. zł

22-latek przestraszył się SMS-owej korespondencji. Przestraszył się, że tak dużo o nim wiemy.- Był karany, miał do czynienia z organami ścigania. Wiedział, że za ten szantaż pójdzie prosto do więzienia - mówi detektyw Gzik. - W końcu Paweł nie spotkał się z nim w cztery oczy. Nie odważył się. Jednak 22-latek naprawdę się przestraszył. W efekcie sam przekonywał nas, że wykasował film z dysku i nie użyje go przeciwko Pawłowi. Robił wszystko, abyśmy uwierzyli, że jego intencje są dobre. Wspominał wcześniej, że szantażował w ten sposób też kilka osób z całej Polski. Czuł się bezkarny i udało mu się wyłudzić od nich sporo pieniędzy. Przestraszył się dopiero przy Pawle. Przekonywałem mojego klienta, aby zgłosił się na policję, ale on sobie tego nie życzył, nie zdecydował się na to. Po całej sprawie odetchnął z ulgą.

To nie są wyjątki

O tym , że historia Pawła nie jest wyjątkiem, przekonuje także Iza, agentka detektywistyczna z agencji Detektyw 24. - Zgłosił się do nas Krzysztof*. Mężczyzna po czterdziestce, dość bogaty. Żona, dwójka dzieci... Okazało się, że przez dwa lata był szantażowany - opowiada agentka Iza. - Dwa lata temu poznał na portalu internetowym mężczyznę w swoim wieku. Kilka razy się z nim spotkał. Jednak bardzo szybko doszedł do wniosku, że to nie jest normalne, że to nie jest w jego naturze. I rozstał się z tym mężczyzną. Chciał zakończyć znajomość. Jednak tamten mężczyzna tego nie chciał. Wyczekiwał pod jego pracą, wydzwaniał do niego. Chciał pieniędzy. Kilkudziesięciu tysięcy złotych. Miał nadzieję, że jak zapłaci, to wszystko wróci do normy. Jednak w takich sytuacjach nigdy nic nie wraca do normy. Nie ma się co łudzić. Po kolejnym żądaniu Krzysztof zadzwonił do nas. Siadła mu psychika, nie wiedział co robić. Nie mógł spać, obawiał się każdego dzwoniącego telefonu. Bał się, że rodzina się o wszystkim dowie. Agentka Iza przyznaje, że potrzeba było bardzo dużo pracy, aby nawiązać kontakt z szantażystą. W końcu jednak to się udało. - Niestety, w międzyczasie Krzysztof ze strachu przekazy- wał mu pewne sumy pieniędzy - opowiada agentka Iza. - Kiedy spotkaliśmy się z szantażystą, wprost nie mogliśmy uwierzyć, że taka osoba była w stanie uknuć intrygę. Bardzo źle wyglądał. Nie bardzo potrafił się wysłowić. Żeby szantażować, trzeba pogłówkować, trzeba reprezentować sobą pewien poziom intelektualny. A ten mężczyzna wydawał się, pożal się Boże, ofiarą losu. Kiedy nas zobaczył, to chciał uciec. Jednak mu to uniemożliwiliśmy. Usłyszał od nas, że albo skończy z szantażem, albo będziemy śledzić każdy jego krok. Przestraszył się wtedy. I tak skończyła się gehenna naszego klienta. Krzysztof do wszystkiego przyznał się rodzinie. Nie chciał już dłużej niczego przed nią ukrywać. Żona wybaczyła mu wszystko. Teraz już może spać spokojnie.

Tylko nie na policję

Szantażowane osoby albo same starają się negocjować z szantażystą, albo zgłaszają się do detektywów. Dlaczego nie idą na policję?- Bo łatwiej zadzwonić do detektywa, niż stanąć twarzą w twarz z policjantem. Niestety, osoby szantażowane najczęściej mają coś na sumieniu i nie chcą patrzeć funkcjonariuszowi w oczy - mówi agentka Iza. Jednak nie tylko o to chodzi. - Pokrzywdzeni zdecydowanie częściej korzystają z usług detektywów w związku ze specyfiką tych spraw, wstydem, zażenowaniem i obawą przed wyjściem na jaw. Chcą pozbyć się kłopotliwego problemu bez nadawania sprawie oficjalnego biegu - tłumaczy podinsp. Joanna Kącka z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. A szkoda. Bo za szantaż grożą surowe kary. Szantaż to przestępstwo kryminalne. I tak, za stosowanie gróźb grozi nawet do trzech lat pozbawienia wolności. Natomiast każdy, kto podstępem utrwala wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej, podlega karze pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Ściganie na- stępuje jednak na wniosek pokrzywdzonego. Osoba pokrzywdzona powinna złożyć zawiadomienie o przestępstwie w prokuraturze lub na komisariacie policji. Ponadto w przypadku, gdy zdjęcia lub film zostaną opublikowane, osoba pokrzywdzona może od sprawcy czynu dochodzić zadośćuczynienia za krzywdę w toku postępowania cywilnego. Mecenas Piotr Kaszewiak precyzuje, że polski kodeks karny nie posługuje się jako takim po- jęciem szantażu. - Temu, co potocznie określamy tym mianem, odpowiada treść przepisu artykuł 190 §1 kodeksu karnego, który określa czyn polegający na grożeniu innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę osoby jej najbliższej. Groźba w tym wypadku polega na oddziaływaniu na psychikę drugiej osoby przez przedstawienie jej zła, które ją spotka ze strony grożącego albo innej osoby, na której zachowanie grożący ma wpływ. Najczęściej zło to ma spotkać zagrożonego w wypadku niepoddania się woli grożącego - mówi mecenas. - Sprawy, w których pojawia się tak zwany szantaż, to często sprawy niezwykle "po ludzku" dramatyczne. Z reguły przedmiot szantażu stanowi groźba ujawnienia informacji czy materiałów, które mogą łatwo skompromitować, pozbawić czci jego ofiarę. Osoby poddawane szantażowi często załamują się i ulegają przestępcom. Niestety, doświadczenie pokazuje, że słabość wobec sprawców ośmiela ich i mimo spełnienia ich początkowych żądań wkrótce wracają i zwielokrotniają swe roszczenia. Dramatycznym i nieodległym w czasie przykładem takiej sytuacji jest głośna sprawa wybitnego polskiego scenarzysty. Chodzi o sprawę Krzysztofa Piesiewicza, senatora i scenarzysty filmowego, który przyznał, że zapłacił szantażystom pół miliona złotych. Szantażyści grozili opublikowaniem kompromitujących go zdjęć i filmów. Piesiewicz przyznał, że zapłacił pieniądze dlatego, by sprawa nie ujrzała światła dziennego. Film miał być dowodem, że Piesiewicz nie dość, że posiadał narkotyki, to także je zażywał. Na nagraniach widać było 64-letniego senatora w dwuznacznych sytuacjach. Na jednym z zapisów Piesiewicz siedzi przy stole, na którym znajduje się biały proszek. W jednej ze scen widać, jak senator ubrany w sukienkę na ramiączkach zażywa bliżej nieokreśloną białą substancję. Kobiety, które zostały zatrzymane w tej sprawie, utrzymywały, że to była kokaina. Filmik opublikowała na swojej stronie internetowej jedna z gazet. Senator potwierdził autentyczność nagrania, ale zaprzeczył, że zażywał narkotyki. Twierdził, że to nie była kokaina, ale sproszkowany lek. Przyznał się jednak, że w przeszłości zażywał narkotyki, ale w śladowych ilościach. Mecenas Kaszewiak dodaje jednak, że według niego w obecnym czasie najczęściej pojawiają się sprawy kobiet szantażowanych przez byłych partnerów ujawnieniem w internecie fotografii i filmów o charakterze prywatnym, a które powstały jeszcze w czasie dobrych relacji panujących w związku.

Usuńcie ten film z sieci

Przed łódzkim sądem toczy się sprawa 25-letniej Moniki. Kilka lat temu jej partner sfilmował potajemnie ich oboje, kiedy uprawiali seks w jego mieszkaniu i wrzucił nagranie do internetu. Kiedy Monika się o tym dowiedziała, robiła wszystko, by film zniknął z sieci. Niestety bezskutecznie. Zwracała się do Google o usunięcie jej imienia i nazwiska z wyszukiwarki, by nie odsyłało ani do nagrania, ani do stron porno. Nie spełniono jej prośby. Jak można normalnie żyć wiedząc, że ktokolwiek wstuka do internetowej wyszukiwarki twoje imię i nazwisko, na pierwszym miejscu wyskoczy film z nagraniem, jak uprawiasz seks?

Do szantażu wcale nie są potrzebne zdjęcia, czasami wystarczą tylko intymne informacje

Każdy następny odnośnik z twoim nazwiskiem odsyła do hardcorowych stron pornograficznych. Tak od trzech lat wygląda życie 25-letniej Moniki, do niedawna łódzkiej studentki. Monika poszła do sądu. Do- maga się od Google usunięcia jej imienia i nazwiska z wyszukiwarki oraz 1 tys. zł na schronisko dla zwierząt. Sprawa jest w toku. Monika wygrała na razie pierwszą rundę - sąd orzekł, że proces może toczyć się w Polsce, choć Google wnioskowało, żeby sprawę rozpatrywały sądy amerykańskie, ponieważ tam znajduje się centrala firmy. Google nie chce komentować przypadku Moniki, bo sąd wyłączył jawność postępowania. Piotr Zalewski z Communications & Public Affairs Associate Google Polska tłumaczy tylko, że Google nie usuwa treści dostępnych w sieci, ponieważ nie ma takiej możliwości. Treści z konkretnej strony WWW może usunąć tylko administrator tej strony. Niestety, film z udziałem Moniki może nigdy nie zniknąć z internetu. - Nawet jeśli link zostanie zablokowany na jednej stronie internetowej, to może pojawić się na kolejnych. To nic innego jak walka z wiatrakami - twierdzą informatycy. 170 tysięcy za taśmę Edyty Górniak Przed łódzkim sądem, również za zamkniętymi drzwiami, toczył się proces szantażowanej Edyty Górniak. Sąd wyłączył jawność ze względu na ważny interes prywatny pokrzywdzonych. Prokuratura zarzucała oskarżonym: 56-letniemu Markowi K. oraz 51-letniemu Andrzejowi G., że szantażowali wokalistkę. Za zwrot kasety wideo żądali od Edyty Górniak i jej ówczesnego męża Dariusza Krupy 170 tys. zł. Kaseta miała zawierać pikantny film, nakręcony, gdy przyszła gwiazda polskiej estrady miała kilkanaście lat. Według śledczych, oskarżeni przez kilka tygodni kontaktowali się telefonicznie z mężem wokalistki. Początkowo żądali 120 tys. zł. Jednak później kwota poszła w górę. W razie odmowy - zdaniem prokuratury - mieli grozić piosenkarce i jej mężowi, że wydadzą mediom materiały, które mogą "uwłaczać jej czci". Oskarżonych zatrzymała ekipa detektywa Krzysztofa Rutkowskiego podczas akcji w łódzkim hotelu Ibis. Wszystkie rozmowy z szantażystami były nagrywane. Mężczyźni to mieszkańcy Opola. Okazało się, że starszy z nich to dawny znajomy piosenkarki. Jednego z mężczyzn zatrzymano w pokoju hotelowym w chwili, kiedy odebrał i rozpakowywał paczkę, w której miały być pieniądze, drugiego - w holu hotelowym. Całe zdarzenie zarejestrowały ukryte kamery. Sąd Rejonowy w Łodzi w maju 2009 roku skazał Marka K. na rok i cztery miesiące więzienia w zawieszeniu na dwa lata i na 2 tys. zł grzywny. Drugi oskarżony, Andrzej G., który miał taki sam zarzut, został uniewinniony. Uzasadnienie wyroku odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Oskarżeni nie przyjechali z Opola do Łodzi na ogłoszenie wyroku, mimo że regularnie przyjeżdżali na rozprawy. Proces trwał aż dwa lata.

Kosztowny romans

Agentka Iza podkreśla, że są różne rodzaje szantażu. Z szantażem może wiązać się przelotny romans albo związek z facetem, który ma niespełnione nadzieje. Nakręcone filmy w sytuacjach intymnych są bardzo często kartą przetargową. Zdarza się też, że szantażuje partner, który źle odczytał nasze zamiary i czuje się zawiedziony. - Do szantażu wcale nie są potrzebne zdjęcia. Czasami wystarczą pewne intymne informacje. Że ktoś na przykład ma bliznę na prawym udzie. I co najważniejsze, takie informacje można pozyskać na przykład na basenie, niekoniecznie w łóżku. Ale szantażowana osoba boi się i dla świętego spokoju czasami jest gotowa zapłacić - opowiada agentka Iza. - Pewne informacje wykorzystane w odpowiedni sposób potrafią nawet zrujnować czyjeś życie. Czasami zamiast dać się szantażować, warto poinformować współmałżonka, że pewna sytuacja w przeszłości miała miejsce. Szantażyści zwykle żądają po kilkadziesiąt tysięcy zło- tych: 20, 30, 50 tysięcy. Zwykle jest tak, że przy każdym kolejnym kontakcie cena idzie w dół. Szantażysta myśli, że skoro nie udało się wyłudzić dużej kwoty, to spróbuje chociaż wyłudzić cokolwiek. Takie posunięcie powinno nam dać do zrozumienia, że nie ma się czego bać. Bo to są teatralne zagrywki, a nie realne groźby.

Bo ona z nim spała

Detektywi ujawniają się zwykle w momencie przekazywania pieniędzy. - Jeśli zdarzenie ma znamiona przestępstwa, to zawsze powiadamiamy policję - podkreśla agentka Iza. - Na szczęście takich jest niewiele. Większość spraw związanych z szantażem, jakimi się zajmujemy, to złośliwości albo chęć zemsty. Ktoś na przykład grozi, że powie mężowi, iż jego żona spała z jakimś brunetem albo blondynem. Scenariusze zwykle są bardzo podobne. Czasami szantażuje skrzywdzony były chłopak albo skrzywdzony były mąż. Skrzywdzony rzeczywiście albo skrzywdzony tylko we własnym mniemaniu. Detektyw Gzik przyznaje, że szantaż staje się coraz bardziej powszechny, bo coraz łatwiej dostać na rynku urządzenia rejestrujące.- Bez problemu można kupić zegarki z kamerką, wisiorki z dyktafonem. Ten sprzęt można świetnie zakamuflować - podkreśla detektyw. - W czasie wakacji spraw związanych z szantażem jest wyjątkowo dużo. Dlatego lepiej uważać. Ludzie nawet się nie spodziewają, że ich spotkania mogą być nagrywane. I mogą za swoją naiwność bardzo dużo zapłacić. Takich spraw w Polsce są tysiące w ciągu roku, w województwie łódzkim jest ich kilkaset. A ile ma miejsce za granicą? Dużo podróżujemy i naprawdę nie sposób tego policzyć. Poza tym to tak naprawdę i tak czarna liczba przestępstw. Ludzie nie chcą powiadamiać policji, więc nie ma rzetelnej statystyki.


*Ze względu na regułę zachowania pełnej dyskrecji oraz obowiązującą ustawę o ochronie danych osobowych imiona bohaterów zostały zmienione.

Agnieszka Jasińska


Komentarze, artykuły, opinie

Kontakt   

Detektyw Marek Gzik
91-120 Łódź
ul. Aleksandrowska 10 lok. 28
tel. kom. +48 501 472 649
skype: detektyw-mg
e-mail:detektywmg@gmail.com





















 

   Detektyw Marek Gzik w prasie